Ten wpis powstaje na wysokości - chwileczkę, sprawdzę – 10973m. Ostatnie dwa miesiące to głównie podróże po wschodnich krańcach Rosji i dalszej jeszcze Azji. 

  Właśnie wracam z Władywostoku do Moskwy i dalej do Warszawy. Na krótko, bo tylko na 3 tygodnie. Obiecałam sobie, że jeśli w ciągu tych kilkunastu godzin lotu nie uda mi się zasnąć w samolocie, opiszę moją wizytę w petersburskim sklepie z włóczkami. To moje ostatnie odkrycie i mimo że od tamtego czasu udało mi się jeszcze zobaczyć po raz kolejny Hong Kong i Singapur, to zachwytów włóczkowych tam, tak daleko, żadnych nie było.

  Właściwie dotychczas w Azji warte uwagi były głównie pasmanterie Yuzawaya w Japonii i liczne sklepiki z bardzo dziwnymi choć naturalnymi włóczkami w Pekinie i Szanghaju. Zarówno Seul, jak i Hong Kong, mnie, poszukiwaczkę sklepów dla dziewiarek, raczej rozczarowały. Owszem jest jeden całkiem interesujący salon z włóczkami w lądowej części HK – Kowloon. Nie udało mi się tam jednak dotrzeć, głównie ze względu na piekielną temperaturę w połowie czerwca. Ale jeszcze go znajdę następnym razem, jestem tego pewna. 

  Wcześniej jednak, zanim dotarłam tak daleko na wschód, udało mi się spędzić kilka majowych dni w Petersburgu. Było pięknie, bo i bzy kwitły, i Ermitaż ponownie obejrzałam, i mogłam powłóczyć się ulicami tak niezwykle opisanymi przez Paulinę Simons w „Miedzianym jeźdźcu”. Ponieważ początek maja to dla zdecydowanej większości Rosjan ponad tydzień „wychodnych”, czyli dni wolnych, ulice pełne były świętujących mieszkańców i turystów. Co tu dużo mówić, Petersburg zachwyca.

 Spacerowaliśmy nabrzeżem, by ostatecznie jednym z mostów przejść na stronę pietrogradzką.  Z daleka już widziałam, że sklep jest spory, oj spory. To w zasadzie nie sklep a cały salon: WOLLY!

  Od razu rzuciło mi się w oczy, że włóczki są wystawione na półkach, ale nie w motkach, a w całych cewkach. Sama prowadzę sklep z włóczkami, niejeden już też widziałam, ale dla pasjonatki dziergania nie ma większej przyjemności niż nowe, nie znane dotychczas włóczki. 

  Tak, myślę też, że mam wyrozumiałego męża. Sama akceptuję jego pasje bez mrugnięcia okiem. Ale tu wykazał się niezwykłym spokojem i tolerancją. Zwyczajnie wbił się w kanapę w rogu sklepu, wyjął telefon i spokojnym trochę nieobecnym tonem rzucił: „Nie spiesz się”.

  Ludzie! Ci, którzy przeżywacie chwile uniesienia dotykając nowych przędz! Byłam w raju! I cóż za ciekawa koncepcja sklepu. Włóczki właściwie tylko europejskie, włoskie. I to nie znanych dostępnych dystrybutorów, ale raczej producentów na rynek odzieżowy, jak przypuszczam. Wystawione włóczki są na cewkach, ceny dotyczą grama przędzy, wszystko łatwe do przeliczenia, składy bardzo ciekawe, naturalne: kaszmir, alpaka, jedwab, len, bawełna. Większość to włóczki cienkie lub bardzo cienkie (to lubię), z dodatków tencel, bambus, poliamidu nie zauważyłam. Zrozumiałam też, dlaczego ceny dotyczą grama przędzy. Bo na miejscu można kupić dowolną ilość bez odcinania co 50 lub 100g.

  Jacy producenci? IGEA, Pecci1884. No i to ja rozumiem. Takich producentów u nas mało albo w ogóle „niet’. I jak tu nie gromadzić nowych włóczek, jeśli ciągle trafiam na lepsze i ciekawsze?

  Kupiłam. Tak, oczywiście, że kupiłam prawie dwa kilogramy zachwycającej mieszanki baby alpaki z jedwabiem w stosunku 70/30. Piękna, cienka (630m/100g), w kilku pastelowych kolorach, sama chciałabym taką sprzedawać w naszym sklepie.

   Przy kasie zaczęłam rozmawiać z właścicielką. To ich drugi sklep, pierwszy jest chyba na Łotwie w Rydze. Sprowadzają przędze tylko z Włoch i specjalizują się w przędzach maszynowych. Zresztą w ich sklepie można zamówić maszynowo robiony sweter czy szal, a przeszklone tyły sklepu to właściwie pracownia z maszynami dziewiarskimi. Mają też w ofercie dodatki do dziewiarstwa ręcznego: doskonałe włoskie zatrzaski, taśmy z piór do wykończenia dzianiny.  Byłam pod prawdziwym wrażeniem. Tak profesjonalnie zrobionego sklepu nie widziałam ani w Europie ani w Azji. Oferta precyzyjnie przemyślana, żadnych niepotrzebnych, okazyjnych dodatków nie wiadomo skąd i po co. Może nie powinno mnie to dziwić. W Rosji umiejętność szycia czy dziergania lub wyszywania, szczególnie wśród kobiet w wieku powiedzmy średnim, jest dość powszechna. Zresztą wybór dodatków krawieckich też jest bardzo interesujący, może dlatego, że inny niż w Polsce.

  To, co mnie naprawdę zaskoczyło, to fakt, że WOOLY ma w ofercie tylko włóczki producentów europejskich i to właściwie w cenach bardzo do cen europejskich zbliżonych, czyli doskonała jakość, ale nie w niskiej cenie. 

  Z pewnością jednak zarówno sama koncepcja sklepu, oferta, jak i sposób jej prezentacji i cała „filozofia” tego przedsięwzięcia jest nowatorska. Tak trzymać, dziewczyny! 

  I pomysł i realizacja super! Wrócę tam z pewnością, bo z kupionej włóczki już powstaje kardigan i muszę powiedzieć, że luksusowy skład ma co prawda swoje wymagania w pielęgnacji gotowej dzianiny, ale efekt w robótce daje niezrównany.

 Co zresztą zamierzam sfotografować i niebawem pokazać.

 

  Aha, widzę, że zostało mi już tylko 37 minut lotu do Moskwy. Właśnie przelatujemy nad Jarosławiem. Zatem z dziewiarskim pozdrowieniem żegnam się i do następnego razu.

 Dla zainteresowanych adres strony sklepu: https://woolyyarn.ru

 Wysyłają zamówienia za granicę!

 Izabelita

 

PS. Najserdeczniejsze pozdrowienia dla dziewczyn z WOOLY! Obiecałam i przesyłam Wam link z tekstem.