Dzisiejszy Pekin zdecydowanie bardziej przypomina większość azjatyckich metropolii niż miasto z milionami rowerów, które być może jeszcze w XX wieku były głównym środkiem transportu dla większości Chińczyków.

 

Dzisiejszy Pekin to nowoczesne, rozległe miasto z nieprzeliczoną liczbą drapaczy chmur. Jest tak samo zatłoczone, zapracowane i szybkie jak Hongkong, Seul i Tokio. A mimo to nieco skromniejsze, może nie architektonicznie, ale już chociażby mniejsza ilość ogromnych ekranów reklamowych powoduje, że przynajmniej widać budynki. Widać też niebo, co w Hongkongu bywa trudne.

Pekin to miasto pod kontrolą. W żadnym z dotychczas odwiedzanych miast nie widziałam takiej ilości policji i strażników maści wszelakiej. Od zdumiewającej rzeszy celników na lotnisku, którzy zresztą przeprowadzają trzy razy więcej kontroli niż gdzie indziej, do setek strażników w parkach, policjantów na przystankach komunikacji miejskiej i nawet ochroniarzy hotelowych oraz pracowników parkingowych. Wszyscy pilnują wszystkich.            I dodatkowo porozumiewają się tylko w jednym języku, po mandaryńsku.

 

Dla przeciętnego Europejczyka stanowi to duży problem, bo naprawdę niewielu mieszkańców Pekinu mówi po angielsku. I co ciekawe, prędzej będzie to sprzedawca niż np. taksówkarz. To zresztą nie koniec trudności, bo przecież czytanie w języku mandaryńskim też nie wchodzi w grę, a w Chinach (oprócz Hongkongu) Internet jest ocenzurowany. Nie działa Google i chociażby Facebook czy Instagram.

 

Zgodnie z moim zwyczajem znalazłam już wcześniej kilka sklepów dziewiarskich. Pięknie je sobie zaznaczyłam na mapie Pekinu w Google.

I wszystko super, tyle tylko, że nic mi po tym, bo Google w Pekinie zniknął.

Dostępna za to była chińska przeglądarka Bai Du, która na hasło „yarn shop in Pekin” radośnie wyświetliła kilkadziesiąt stron adresów, ale wyłącznie w języku mandaryńskim. Wtedy zrozumiałam, co czuje analfabeta, patrząc na pisemną informację. Dopiero w takich momentach człowiek docenia, oczywiste wydawałoby się, umiejętności komunikacji nie tylko werbalnej.

Cóż było robić, musiałam poprosić o pomoc obsługę hotelową. Myślałam, że wystarczy zamówić taksówkę i zapisać w ich języku adres, tymczasem okazało się, że to nie takie proste. Rozmowa konsjerżki z taksówkarzem trwała ponad 10 minut i jak mi potem przekazała musiała mu dokładnie wyjaśnić dokąd ma mnie zawieźć, ile na mnie poczekać i koniecznie przywieźć mnie z powrotem do hotelu. Bo samodzielny powrót mógłby okazać się dość skomplikowany.

 

Pojechałam zatem do Wansha Cashmere Store w Dong Cheng District.  Prawie godzina jazdy taksówką do malutkiego sklepu z włóczką, toż to trzeba być kompletną wariatką! Ale kto, jeśli nie ja, robi takie rzeczy.

 

Sklep niewielki, od podłogi do sufitu pełen setek różnokolorowych cewek w włóczkami. Na środku kosze z nawiniętymi i gotowymi do sprzedaży motkami. Obsługa to kilka kobiet, każda z drutami w rękach i rozpoczętą robótką. Zapytałam, czy mogę się rozejrzeć, ale pewnie zrozumiały mnie tylko po intonacji. Właściwie porozumiałyśmy się tylko w kwestii składów, bo „cashmere”, „mink”, „silk” i „wool” to były jedyne angielskie słowa, które powtarzały, pokazując mi kolejne cewki.

Tak, trafiłam do chińskiego dziewiarskiego raju.  Do „chińskiego”, bo tu w sprzedaży były tylko lokalne włóczki. Nigdzie, powtarzam nigdzie nie spotkałam takiego kaszmiru. Byle jak poustawiane cewki, byle jak opakowane motki, ale wybór jakościowo O-BŁĘD-NY! Nie wiem, jak one są produkowane. Nie wiem, jak bardzo ta produkcja jest nieekologiczna, ale taka jakość przędzy to rzadkość. Cieniutki, pięknie jednolicie wybarwiony, lekki i puszysty w sam raz, niby „piórkowy”, ale konkretny w dotyku. Po prostu czysty luksus.

 

Miałam tylko 20 minut , bo tyle miał czekać na mnie taksówkarz, więc może z tego powodu trzęsły mi się ręce, kiedy wybierałam włóczkę. Nie kupiłam kaszmiru (i tego mi żal), bo trzeba by go było przewinąć w motki, a to trwa.

 

Kupiłam już gotowe motki. Wstyd przyznać, ale to włóczka z norki.

Boję się myśleć, jak pozyskali runo.

Już kiedy wracałam, obiecałam sobie, ze nigdy więcej. Bo nie chcę się zastanawiać, co robią z tymi zwierzętami. To oczywiście nijak i niczego nie usprawiedliwia. Już wiem za to, dlaczego wykorzystuje się zwierzęta futerkowe do produkcji przędzy. Bo powstała włóczka jest niezwykłej jakości i potrafi zachwycić.

Ta wyprawa do sklepu dziewiarskiego w Pekinie to dla mnie ważna lekcja. Zobaczyłam skromny sklepik z niezwykłym wyborem włóczek, ale doprawdy nie wiem, czy tam jeszcze wrócę. Może po ten kaszmir…

Na koniec muszę dodać, że takich kontrastów między bogactwem i przeciętną biedą, jak w Chinach, nie widziałam jeszcze nigdzie, nigdzie też, nawet w Rosji, nie czułam tak jak w Pekinie, że to kraj jednak jakoś zamknięty (może to przez ten ocenzurowany Internet), mimo że produkuje i wysyła w świat prawie wszystko i prawie wszędzie.

I druga rzecz, sławetna kaczka po pekińsku, uznawana za rarytas, chyba tylko tutaj jest przyrządzana właściwie, choć dla osób nie preferujących ciężkich mięs, to wyzwanie, bo tłusta jest niemożebnie. Co nie zmienia faktu, że smakuje pysznie.

 

I jeszcze jedno: mówi się, ze lotniska w Chinach są najbezpieczniejsze. I pewnie jest w tym sporo racji, bo jak wcześniej wspominałam, nigdy nie spotkałam się z tak drobiazgową, wielokrotną i uciążliwą kontrolą. Ale druty na pokład samolotu i tak wniosłam, jak prawdziwa dziewiarka-desperatka.

 

Pekin za mną, pewnie tam wrócę, choć nie w najbliższej przyszłości. Przede mną Petersburg i Szanghaj. Jak zwykle będę szukała sklepów dziewiarskich i z pewnością o nich doniosę.

 

Pozdrawiam i zapraszam niebawem.

Izabelita