Druty, czyli kiedy dochodzę do wniosku, że wiem, które najlepsze.

 

 

 

  Myślę, że wiem. Nie! Właściwie to jestem pewna, że moment, w którym nie będę chciała wypróbować jeszcze innych nowych drutów, po prostu nigdy nie nadejdzie.

Trudno mi policzyć jako rasowej włóczkomaniaczce, ile par drutów już mam. Trudno policzyć, ile jeszcze chętnie bym kupiła. Mam cichą i nieśmiałą nadzieję, że nie ja jedna zmagam się z takimi pokusami.

  O ile można jeszcze zrozumieć hurtowe nabywanie włóczek rodzajów wszelakich (bo przecież wszystkie kiedyś przerobię), to z drutami i szydełkami jest trochę inaczej. Ostatecznie każdą dowolną parę można wykorzystać i użyć wiele, wiele razy.

  Czy to zmienia moją potrzebę nabywania nowych narzędzi do robótkowania? Niestety wcale.

  Oferta narzędzi dziewiarskich dostępna w Europie to w zasadzie kilku, bardzo zresztą szacownych, producentów: KnitPro, Addi, ChiaGooGoo, Hiya Hiya, Mondial, Prym, Tulip i jeszcze inni. Do produkcji drutów zazwyczaj wykorzystują: aluminium, mosiądz, stal nierdzewną, bambus, drzewo oliwne i różane oraz mieszanki akrylu. Kto kiedykolwiek pracował na drutach z żyłką, wie, że zarówno rodzaj żyłki, jak i sposób jej mocowania oraz ostrze drutów mają ogromne znaczenie dla komfortu pracy. W każdej z tych kwestii jest tyle opinii, ile dziewiarek.

  Bardzo możliwe, że to druty metalowe są zwyczajnie najbardziej niezawodne. Gładkie, wytrzymałe i ostre wydają się być ciągle najbardziej popularne. Rzadko zdarza mi się na nich pracować, bo jestem niestety uczulona na nikiel i jedyne, które naprawdę go nie zawierają (wiem, bo tylko po tych nie mam wysypki) to ChiaGooGoo. Ale znam wiele pań, które pracują tylko na metalowych, główne ze względu na gładkość.

  Sama wiem, że druty plastikowe są miłe w dotyku, bo ciepłe. Dosyć gładkie, kolorowe i ładne, niestety bardzo często są niezbyt trwałe. Większość drutów, które połamałam i zniszczyłam, to właśnie druty akrylowe. Ich zaletą jest cena, bo często są tańsze niż porządne druty drewniane czy metalowe.

  O drewnianych drutach mogę powiedzieć najwięcej, bo głównie na nich pracuję. Są ciepłe, miłe w dotyku i lekkie. Bywa, że nie tak gładkie, jak na przykład metalowe, ale za to mogę je zabierać wszędzie, także do samolotu. Zdecydowanie gorzej się na nich pracuje w klimacie wilgotnym, bo mają tendencję do delikatnego wyginania. To, co dla mnie istotne, to sposób mocowania żyłki. Lubię, kiedy się nie zwija i jest ruchoma, to znaczy nie skręca się sztywno w czasie pracy. Takie między innymi są bambusowe druty Tulipa. I dodatkowo nie zawierają niklu, bo wykończone są zaciskami z mosiądzu. Dla mnie bomba!

  Wszystko to jednak, co napisałam, wcale nie sprawia, że już nie szukam i nie natykam się na nowe rodzaje drutów. I tak kilka miesięcy temu trafiłam na maleńką amerykańską firmę Michaela i Sheili Ernstów, którzy na indywidualne zamówienie ręcznie wykonują druty ze szkła. Wow! Takich jeszcze nie miałam. Są jednokolorowe i barwne, z cieniutkimi żyłkami dowolnej długości, łączone na gorąco bez użycia metalowych zacisków. No przecież musiałam takie mieć!

  Zamówiłam z zaciśniętymi zębami, bo cena zaiste powalająca.

  W zeszłym tygodniu dotarła do mnie przesyłka z trzema parami drutów: nr 3,5, 4, i 4,5.

Wyglądają  po prostu zjawiskowo. Są może nie ciężkie, ale w uchwycie konkretne. W końcu szkło ma swoją wagę. To, co mnie mile zaskoczyło, to nietypowa gwarancja. Jeśli je w jakiś sposób uszkodzę, zawsze mogę je odesłać do naprawy i pokrywam tylko koszt przesyłki. Michael i Sheila zapewniają, że nie będą pytać, w jaki sposób doszło do uszkodzenia. Zwyczajnie zapewniają, ze swój produkt naprawią. To się nazywa handmade drutowy!

  Trudno mi dzisiaj stworzyć jednoznaczną opinię, bo na razie jeszcze testuję, ale już na gorąco mogę napisać, że ciężar szklanych drutów odpowiada mi zdecydowanie bardziej niż bambusowych. Kolorowe ręczne wzory na każdej parze są oczywiście przepiękne, ale wygodzie pracy raczej nie sprzyjają, bo powodują, że powierzchnia drutów w tym miejscu jest odrobinę pofałdowana.

  Z pewnością nigdy dotychczas nie pracowałam na takich personalizowanych drutach.  Bo to ja wybrałam barwę szkła i rodzaj kolorowego wzoru na nim. A zapewniam, że było z czego wybierać.

  Zdecydowałam, że koniecznie muszę jeszcze wypróbować produkty amerykańskiej firmy Knitter’s Pride, bo ich koncepcja personalizacji jest nieco inna. I nie oferują drutów szklanych, co nie zmienia faktu, że są równie drogie i jednoznacznie dedykowane zamawiającemu klientowi. Dość, że wspomnę o możliwości wygrawerowania na przykład imienia właściciela (albo raczej właścicielki) na każdym z zamówionych produktów.To oczywiście bajery nie wpływające na jakość pracy dziewiarki, a raczej na jej ego, ale dla pasjonatów takie szczegóły bywają interesujące.

 

  Zatem kochane czytelniczki wracam do testów szklanych drutów, bo ciągle nie jestem pewna czy zamieniłabym drewniane Tulipy z obrotową żyłką na te szklane drutowe mercedesy. Dam znać.

 

 

Izabelita