Włóczki, druty i podróże – tym razem Tokio

 

Z Japonią to jest tak: przylecisz, zobaczysz i … Naprawdę nie chcesz wyjeżdżać.

Czysto, miło, schludnie i bardzo uprzejmie. Świat pomyślany w taki sposób, żeby ułatwić, uprzyjemnić, zachwycić szczegółem.

 

Pora mojego pobytu nie była najszczęśliwsza, bo druga połowa sierpnia to u nich gorące, wilgotne lato. Często bez słońca.

 

Nic to. Najpierw obowiązkowy program zwiedzania i pod koniec tygodnia poszukiwania japońskiej pasmanterii. Koniecznie chciałam zobaczyć, gdzie zaopatrują się dziewiarki.

 

Już wcześniej polecono mi w Hamanace (nasz japoński dostawca szydełek) sieć sklepów Yuzawaya. Google w samym Tokio znalazł kilka takich sklepów. No przecież musiałam, po prostu musiałam odwiedzić przynajmniej jeden z nich.

 

Po doświadczeniu w Seulu spodziewałam się malutkiego, kameralnego sklepiku ukrytego w jednej z bocznych uliczek. Tymczasem moja Yuzawaya, do której dotarłam, to cały ogromny poziom kilkunastopiętrowego centrum handlowego.

 

Wjechałam schodami ruchomymi na 7. piętro, spojrzałam i spokojnie pouczyłam resztę rodziny, że tutaj to należy mnie zostawić i to najlepiej na kilka godzin. I nie przeszkadzać. Panowie odwrócili się na pięcie i rzucili tylko krótko: „Ok, to będziemy w kontakcie”.

 

Tak, wchodziłam do handmadowego raju. Yuzawaya to w założeniu sieć sklepów oferująca najprzeróżniejsze surowce, narzędzia i pomysły do rękodzieła. Oczywiście są włóczki (głównie japońskie, ale też sporo europejskich), druty i szydełka (Hamanaka, Clover i Tulip, choć ten ostatni jedynie śladowo), kordonki, sznurki (także jutowe i papierowe), małe przenośne krosna, akcesoria do amigurumi, ogromne ilości materiałów do decoupage’u, patchworku i scrapbookingu. Osobna część sklepu jest przeznaczona dla osób szyjących: materiały, maszyny, dodatki, nici. Samych tasiemek satynowych naliczyłam ponad 250 rodzajów. Jak dobrze, że miałam przy sobie tylko jedną kartę kredytową. I że zaopatrzyłam się w aplikację Yomiwa, która rozczytuje i tłumaczy na angielski katakanę i hiraganę.

 

Po godzinie buszowania pośród szydełek, igieł i drutów miałam już taki mętlik w głowie, że sama nie wiedziałam, czego chcę. Zdecydowanie łatwiej byłoby powiedzieć, czego nie chcę. Bo tam nie było rzeczy, których bym nie chciała. A już mi się wydawało , że taka włóczkowo i drutowo wybredna jestem. Tak naprawdę jednak wymiękłam przy jedwabnych kordonkach ombre. A dokładnie przy kilkunastu odcieniach wrzosu.

 

Nie, ja zdecydowanie nie mogę odwiedzać takich miejsc! Byłam oszo – ło – mio - na!

Dwie przemiłe Japonki towarzyszyły mi w zasadzie cały czas. A ponieważ nie mówiły w żadnym innym języku oprócz japońskiego, starały się zgadywać, co mi się podoba i, delikatnie dotykając mojego ramienia, prowadziły do coraz innych półek, pokazując  jeszcze i jeszcze inne przędze.

 

To nie było łatwe doświadczenie. Widziałam już wiele pasmanterii w różnych miejscach świata. Ale na taką nie byłam gotowa.

 

Ilość i jakość produktów to jedno, ale tam był jeszcze odpowiedni klimat . Po pierwsze, to miejsce pięknie pachniało. Nie wiem, jak Japończycy to robią, ale zauważyłam w wielu miejscach, że najzwyczajniej pachną. Przyjemnie i świeżo, kwiatowo. Po drugie, sklep ogromny, bo całe piętro, sporo klientek Japonek, ale generalnie jest cicho, kameralnie i w tle co słyszę?

W tle cichutko Chopin.

 

Tak, wiem, co bym pomyślała, gdyby ktoś mi o tym opowiadał. Że takie miejsca to można sobie wyobrażać, ale w realu raczej nie istnieje. A tu niespodzianka! Trafiłam do dziewiarskiego edenu.

 

Po dwóch godzinach, przy kasie, następne miłe zaskoczenie. Już przy pierwszym zakupie zaoferowano mi kartę stałego klienta z 15% rabatem.  Ale weź tu człowieku wypisz po japońsku formularz. Stoję w kolejce ja, stoi kilkanaście cichutkich Japonek, a tymczasem kasjerka wypisuje po japońsku moje dane. Żadnych nerwów, żadnego pośpiechu, wszyscy się uśmiechają i kłaniają. W ten sposób zdobyłam wiedzę, jak zapisać moje imię, nazwisko i adres w absolutnie nieczytelnym dla mnie języku.

 

Nie wiem, o czym rozmawiała kolejka, ale po cichej uwadze sprzedawczyni, oczekujące przy kasie panie kilkakrotnie zwróciły się do mnie z uśmiechem i słowami „Poland” i „Chopin”. Miłe, prawda? Zdaje się, że to z muzyką naszego sztandarowego kompozytora kojarzą nas najbardziej.

 

Co kupiłam? Przede wszystkim szydełka Clovera w ilości nieprzyzwoitej i w pełnej numeracji od nr 0.6 do 10. Sama nie wiem po co, bo z szydełkiem mam kontakt sporadyczny. Ale były tak śliczne i jeszcze pięknie opakowane, że trudno było się oprzeć. Dalej druty bambusowe jakiejś kompletnie nie znanej mi japońskiej firmy. Tego nigdy za wiele, a te właśnie dodatkowo mają cieniusieńką żyłkę, jakiej jeszcze nie spotkałam. Następnie duże składane etui na kilkadziesiąt par drutów. Poręczne, bo zwijane w rulon, z osobnymi kieszonkami na każdą parę. I włóczkę, japońską, rzecz jasna. Moher mieszany z jedwabiem, w kolorze kawy z mlekiem. Grubszy, bo 100m w 25g, niezwykle miękki, pewnie ze względu na skład w proporcji 60%/40%.

 

Oczywiście dzisiaj już żałuję, że nie wybrałam jedwabnych kordonków i włóczek z dodatkiem papieru. Ale też już wiem, że niebawem tam wrócę. Jakżeby inaczej.

 

To co mnie zastanowiło, to fakt, że nie znalazłam żadnych produktów chińskich, jedynie japońskie i europejskie, i to naprawdę doskonałej jakości. Tak, jakby rękodzieło wymagało najlepszych surowców i narzędzi. I to chyba prawda, bo czy to nie najszlachetniejszy rodzaj tworzenia? Własny pomysł, własna ręczna robota, to i materiał  musi być odpowiednio dobry.

 

Zatem polecam handmadowcom odwiedzenie kraju kwitnącej wiśni. Jest zachwycający pod wieloma względami, pod względem zakupów robótkowych także.

 

Jak napisałam, wrócę tam z pewnością, chociaż teraz już nastawiam się na następne odkrycia. W październiku odwiedzę Hongkong. Ciekawe jakie interesujące miejsce dziewiarskie tam znajdę? Bo, ze znajdę, to wiem.

 

Ze wschodnio - dziewiarskim pozdrowieniem.

Izabelita