Kiedy człowiek ma jakąś pasję, to gdziekolwiek się znajdzie, stara się znaleźć miejsca, w których inni rozumieją jego szaleństwo. I tak, życiowo i zawodowo zmuszona do licznych podróży, miałam okazję zlokalizować sporo miejsc, gdzie włóczka i robótki ręczne są ważnym elementem życia.

        Oczywiście podróże międzykontynentalne wiążą się z koniecznością przemieszczania się samolotem. Do dzisiaj pamiętam mój lęk przed pierwszą podróżą lotniczą, kiedy w bagażu podręcznym leżała sobie spokojnie moja robótka i, jakżeby inaczej, druty.

        Zastanawiałam się, czy w czasie odprawy, nie trafię na celnika, który na widok mojej robótki i drutów pokręci przecząco głową i każe mi je wyrzucić do kosza pełnego pustych plastikowych butelek. Jakież było moje zdumienie, kiedy nikt kompletnie nie zwrócił uwagi na bambusowe druty i motek włóczki skrzętnie przeze mnie ukryte w lnianym woreczku. Ależ byłam zadowolona.

      Od tego czasu minęło wiele lat. Podróżuję różnymi liniami lotniczymi, często są to loty wielogodzinne i zawsze zabieram ze sobą robótkę. Zdarzyło mi się nocą podczas wielogodzinnego lotu z Moskwy do Władywostoku przedyskutować ze stewardesami

i jedną współpasażerką wyższość drutów drewnianych nad metalowymi.  Cudowne doświadczenie.

      Nigdy, nawet w czasie najbardziej wydawać by się mogło dokładnych kontroli celnych, nie poproszono mnie o pozbycie się drutów lub szydełka przed wejściem na pokład samolotu. I tu jedna rzecz, metalowe druty rzeczywiście nie zawsze są akceptowane, ale drewniane, bambusowe czy akrylowe naprawdę nie budzą zdziwienia.

      Pamiętam jeden wyjazd na targi medyczne w towarzystwie kilkudziesięciu stomatologów. Na pokładzie samolotu panowie dentyści przyglądali się ciekawie mojej robótce i w czasie pracy pytali, czy mnie to „drutowanie” uspokaja przynajmniej tak samo, jak ich przyglądanie się spokojnemu przekładaniu oczek.

      Teraz w podróż zawsze zabieram rozpoczętą robótkę i z prawdziwą przyjemnością oddaję się mojej pasji, kiedy inni nudzą się w czasie lotu.

 

      Jako współwłaścicielka sklepu internetowego oferującego produkty dla pasjonatek robótek ręcznych, w każdym nowym miejscu na świecie, do którego docieram, staram się (i to chyba dla dziewiarek nie jest dziwne) zlokalizować lokalne sklepy z włóczkami. Im dalej jestem od domu, tym bardziej wydaje mi się to interesujące.

      Moim ostatnim odkryciem jest Rosja i Korea Południowa, a w zasadzie Seul.

      Rosja jest specyficzna. W sklepach stacjonarnych królują głównie włóczki tureckie. Ale takie w naszym kraju są dość łatwo dostępne, więc mało interesujące. Jednak bliskość Chin powoduje, że przynajmniej kilka dużych sklepów internetowych a także stacjonarnych oferuje włóczki właśnie stamtąd sprowadzane. I tak moje ulubione sklepy to: td-yarn.ru (dom priażi), red-sheep.ru (ryżaja owiećka) i mpyarn.ru (magia priażi). Oczywiście oprócz włóczki europejskiej i amerykańskiej mają w sprzedaży włóczki chińskie. Zamawiałam już u nich produkty dotychczas mi nieznane i muszę powiedzieć, ze włóczka Pecez ferrets z td-yarn czy  Jojoland harmony z red-sheep to cukiereczki.

       Podejrzewam, że w kraju nigdy bym nie trafiła na tych sprzedawców, ale przecież producenci chińscy czy amerykańscy, nawet nie bardzo znani w końcu na nasz rynek dotrą. I dobrze!  Bo nierzadko włóczki, które oferują, choć drogie, są świetnej jakości.           

       W tym roku, póki co, moim odkryciem jest Korea Południowa. Dosłownie kilka dni temu wróciłam z Seulu. Dość, jeśli powiem, że pierwszym sklepem, do którego trafiłam był myKnit.com. Maleńkie studio na jednej z ulic z rękodziełem koreańskim. Trzecie piętro malutkiej kamienicy. Wchodzę i …jestem w raju. To prawda, królują głównie włóczki europejskie i kanadyjskie, ale za to tak egzotycznych firm jak Buton D’Or czy Jaeger. Do tego merynos z Koigu, druty w ilości nieprzebranej i to, co mnie zdumiało najbardziej, nieprzeliczona ilość książek i czasopism dziewiarskich. Podejrzewam, ze odwiedziłam dotychczas przynajmniej kilkadziesią sklepów z włóczkami w róznych krajach. Ale to właśnie w tym studio na końcu Azji widziałam książki z wzorami do wykonania tradycyjnych estońskich mitenek. Woow! Robi wrażenie.

       Mój tolerancyjny i cierpliwy mąż zasiadł w przygotowanym dla klientów fotelu

i rozpoczął leniwą konwersację z przemiłym po koreańsku spokojnym sprzedawcą (tak, tak, to był mężczyzna). Miałam dla siebie przynajmniej pół godziny buszowania. 

No i jak tu się oprzeć? Oczywiście znalazłam przepiękny jedwab Jaegera w kolorze palonego mosiądzu. Poza tym krótkie druty na żyłce  w rozmiarze 1,5. Niebywale trudne do zdobycia w Europie. To, co mnie zdumiało najbardziej, to fakt, że sąsiedztwo Japonii wydawałoby się narzuca asortyment azjatycki. Przecież Japończycy produkują fenomenalne włóczki i akcesoria. A tutaj oferta była głównie europejska. I to jaka? Jest w Europie zaledwie kilka sklepów stacjonarnych z tak szeroką propozycją.

       Teraz już wiem, dlaczego nie znalazłam tam włóczek japońskich czy w ogóle azjatyckich. Z pewnością są zaszłości - nazwijmy to - historyczne, polityczne czy gospodarcze, z powodu których w Korei większym zainteresowaniem cieszą się towary producentów europejskich czy szczególnie amerykańskich. Dla mnie jednak ten mały butik na końcu świata to było objawienie, jak daleko sięga Europa. Nawet w tak egzotycznej kwestii jak produkty do robotek ręcznych.

       Właśnie planuję, co wydziergam z zakupionego tam jedwabiu. Marzy mi się chusta ze wzorem wschodnim. I tego poszukuję w sieci. Zobaczymy. To będzie pamiątka z Seulu. Wspaniałe miasto. Wspaniali ludzie i kuchnia. No i jest też coś dla dziewiarek.

 

       W następnym wpisie postaram się opisać moje odkrycia w Europie. W sierpniu czeka mnie podróż do Japonii. Jestem pewna, że tam też znajdę coś interesującego dla dziergających pasjonatek. Na pewno.